O autorze
Poseł do Parlamentu Europejskiego.
Wiceprzewodnicząca Komisji Prawnej, ponadto pracuje w Komisji Budżetowej i
Komisji Petycji.

W czwartek Brytyjczycy zdecydują o przyszłości Europy?

Kampania wyborcza w Wielkiej Brytanii wychodzi na ostatnią prostą. W czwartek 7 maja br. Brytyjczycy wybiorą nie tylko swoich reprezentantów w Parlamencie, ale i przyszłość w lub poza Unią Europejską.

Według sondaży Torysi z poparciem 36% nieznacznie wyprzedzają Laburzystów z wynikiem 34%. Dwie największe partie idą łeb w łeb, zatem języczkiem u wagi będą partie mniejsze, jako potencjalni koalicjanci: eurofobiczny UKIP – z 11% poparcia, Liberalni Demokraci z 7%, Zieloni z 6%. Układanka powyborcza określi przyszłe „być albo nie” dla Wielkiej Brytanii w strukturach Europejskich. Zwycięstwo Partii Konserwatywnej w czwartkowych wyborach w Wielkiej Brytanii, będzie równoznaczne z przeprowadzeniem referendum w 2017 r. w sprawie jej wystąpienia z UE.



Ed Miliband, przewodniczący brytyjskiej Partii Pracy uznaje ewentualny Brexit za potencjalną klęskę polityczno-ekonomiczną. W zglobalizowanym świecie można działać tylko dzięki budowaniu sojuszy, a jego zdaniem "małżeńska kłótnia powinna raczej prowadzić do szukania rozwiązań problemu, niźli spakowania manatków i wyjazdu do mamusi"...

Przeciwko wyjściu ze struktur unijnych jest również Szkocka Partia Narodowa (SNP), która w ostatnich tygodniach wyrosła na główną siłę polityczną w Szkocji. Przewiduje się, że dzięki jednomandatowym okręgom wyborczym zgarnie wszystkie 59 szkockich miejsc w 650 osobowej Izbie Gmin (odpowiednik naszego Sejmu). Szkoci mocno wierzą w Nicolę Sturgeon i jej SNP, także jako przyszłego koalicjanta Laburzystów. Sęk w tym, że ich leader na razie odżegnuje się od takiej ewentualnej współpracy ze względu na zbyt duże różnice programowe, głównie w sprawie jedności Wielkiej Brytanii i broni atomowej.

Tymczasem zwycięstwo Konserwatystów, dające gwarancję referendum "wyjściowego", będzie zapewne też pretekstem do przeprowadzania kolejnego referendum w sprawie odłączania się w Szkocji od królewskiej macierzy, w razie jej odwrotu od UE. Scenariuszy jest wiele, a co jeden to ciekawszy.

Brexit miałby też dużo szersze, globalne znaczenie dla UE osłabiając jej pozycję na arenie międzynarodowej. Obecnie w dobie konfliktów na Ukrainie, Syrii, Libii i szeregu innych wspólnych europejskich problemów, szukanie stabilności i współpracy jest niezbędne dla naszej wspólnej przyszłości.

Poza gospodarczymi i politycznymi, o których rozpisuje się prasa - jakie konsekwencje niesie ze sobą wyjście Brytyjczyków z UE? Mnóstwo zamieszania w instytucjach europejskich...

Podczas dwóch lat wyjściowego okresu przejściowego, Londyn musiałby zrzec się m.in. swojego uczestnictwa w Radzie Europejskiej (spotkań głów państw lub rządów, którym przewodniczy obecnie Donald Tusk) oraz z narad odpowiednich ministrów rządów (w zależności od roztrząsanych tematów) - pozbawiając się wpływu na wszelkie decyzje unijne.

Zmieniłby się układ sił w Radzie. Obecnie Wielka Brytania jest trzecim, co do liczby mieszkańców krajem UE, waga jej głosu jest praktycznie równa Niemcom czy Francji. Bez Brytyjczyków być może Europę zdominowałby całkowicie duet Parysko-Berliński, albo zyskałyby na znaczeniu Włochy, Hiszpania i Polska?

W Parlamencie Europejskim ubyłoby 73 posłów wraz ze swoją administracyjną świtą, liczoną w setkach etatów. Podział 751 mandatów w europarlamencie na mniejszą liczbę państw dałby przede wszystkim dodatkowych posłów Francji i Hiszpanii.

Grupy polityczne w PE mocno odczułyby "odwrót Albionu". Moja grupa S&D utraciłaby 20 brytyjskich posłów, Konserwatyści z ECR z trzeciego miejsca pod względem liczebności i ważności spadliby na czwarte, po wyjściu 21 członków. Zniknęłaby grupa eurofobów z EFDD, bowiem odejście 23 Brytyjczyków spowodowałoby spadek poniżej wymaganego progu liczebności do formowania grupy politycznej. Sytuacja w Parlamencie Europejskim zyskałaby z pewnością zupełnie nowy wymiar...

Brexit spowodowałby również wycofanie brytyjskiego Komisarza oraz setek urzędników z Komisji Europejskiej, Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Europejskiego Trybunału Obrachunkowego oraz członków w zarządzie Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

Ponadto odeszłoby 24 członków asygnowanych przy Komitecie Regionów i 24 reprezentantów Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego.

Należałoby przenieść usytuowane w Wielkiej Brytanii siedziby: Europejskiej Agencji Leków, Europejskiego Kolegium Policyjnego oraz Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego.

Jak wyglądałby Unijny budżet bez Wielkiej Brytanii? Obecnie do unijnej kasy wpływa (po rabacie) 0,5% brytyjskiego PKB rocznie, ok. 9,6 do 11 mld euro w zależności od roku.

Czy wyjście oznacza spore oszczędności na wyspach i stratę dla Brukseli?
Nie do końca, bo jeśli Wielka Brytania zdecyduje się do dołączyć do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, by utrzymać dostęp do europejskich rynków, tak jak dzisiaj robi to na przykład Norwegia, to i tak będzie musiała wpłacić niemałe wejściowe. W sumie oszczędziłaby tylko 9% dotychczasowych wydatków. UE musiałaby przekalkulować kontrybucje finansowe państw członkowskich, być może nawet zmienić wysokość składki?

Co byłoby z językiem angielskim w UE po wycofaniu się Wielkiej Brytanii?
Obecny lingua franca, którym jest angielski, nie miałby traktatowych racji bytu. Irlandczycy i Maltańczycy posługujący się nim na co dzień - wywalczyli już sobie tłumaczenia na własne języki, zatem nie wykluczone, że angielski mógłby z unijnej listy języków zniknąć. Francuzi już się cieszą. Unijnym lingua franca będzie z powrotem francuski.


Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego
Lidia Geringer de Oedenberg
Trwa ładowanie komentarzy...